czaswolny

9 postów

Styczeń

Ciekawy czas ten styczeń. W pracowni panuje jakaś nieuzasadniona dyscyplina, zupełnie nietypowa dla tej właśnie szerokosci geograficznej. Może sprawiły to dni wielkich, głębokich porządków, które zaserwowałam sobie zaraz po świętach, ale to tak głębokich, że strach blady brał.. Uporządkowane i wymieszane zostały wszystkie szkliwa, wykonane świeżutkie próbki, (duma!), bylo i trwa nadal odświeżanie gliny, nastąpił rekonesans co ile jest i czego, a nawet były jakieś odważne wymiatanki zaregałowe zaprzeszłe. No duuma. Oczywiście jest nadal co robić w temacie, ale i tak powiało niezłą świeżością i praca teraz wre jak złoto.

Wspomnieć tu muszę, że poddałam mój piec do wypalania ceramiki, mój poważny, najważniejszy sprzęt w pracowni, gruntownemu remontowi, z wymianą wszystkiego co już było potrzebowalo. Ta operacja sprawiła, że praktycznie mam nowy piec, mocniejszy nawet i pewniejszy. Zaczęłam z tej radości już prawie do niego gadać. Zafundowałam mu też od razu nowe, lepsze miejsce, przesuwajac go do innego pomieszczenia, które działało raczej do tej pory jako magazyn. Teraz to już poważna piecownia, gdzie uwaga(!), stanie niedługo drugi piec!! Pochwalę się, że ten notabene został już zakupiony. Tadaam!

Tak więc pierwszy roboczy dzień w tym roku zaczęłam, już od bladego świtu, mocno pracowicie. Koniecznie musiało się to odbyć na kole, bo ono w wyniku przewalanek ciężkiego sprzętu, również zyskało nowe atelie, tylko do tego celu. Taka praca, w takim komforcie, musiała od razu mocno odwdzięczyć się dobrą energią, bo niedlugi potem załączyłam cały piec, wypchany wielkimi nowymi miskami, cudacznymi podgrzewaczami do kubków, dzbanków i olejków, jakimiś wynalazkami do kawy i w ogóle Bóg wie czym. Teraz czeka mnie szkliwienie tego wszystkiego i kolejny wypał, ale przed tą zabawą jeszcze daje sobie czas na lepienie, bo szkoda tego dzikiego flow, które mnie wciąż roznosi..

Reasumując, z jasnym czołem weszłam w Nowy Rok i poplanowalam już sobie jego pierwszą połowę. Uknułam przy tym kolejny kiermasz na tydzień przed Wielkanocą, gdzie z całych sił chcę przywitać wiosnę. Obiecuję, że będzie mocno kwieciście, kolorowo i radośnie.

I to wszystko mocno napędza mnie do działania, bo styczeń sam w sobie, no cóż, wespół z lutym sprawiają, że mocno marudzę. Ale nie ma co. Korzystam z tego poświątecznego spokoju, cieszą mnie wciąż lampki i skutecznie ciepła herbatka. I niech sobie tak trwa.

Dobrego zdrowego roku!

Mikołajkowy Kiermasz Ceramiki 4-5 grudnia

Rok dwadzieścia-dwadzieścia tupta sobie jak gdyby nigdy nic, a pozostawiając po sobie niezły kocioł. Odczuli to chyba wszyscy, ale to już wiemy. Moje garnki w pracowni również są zawiedzione, bo miały pojechać na wycieczkę do Wrocławia, do Dużego Miasta, miały poznać nowych właścicieli i zacząć żyć nowym pięknym życiem. (Chodzi o targi, no nic z tych rzeczy się nie odbyło) Siedzą tu nadal jak te zwierzaki w schronisku, smutno patrzą w okno i obserwują jak mnożą się nowe, przybywają, pączkują, a nowym trzeba ustąpić miejsca. W końcu wspólnie gromkim chórem rozległ się okrzyk Basta! Robimy imprezę! Będzie Kiermasz!!

Dostałam rolę zorganizowania ciastek i skombinowania wina. Oczywiście musi to być grzaniec, bo na kiermaszach świątecznych jest zawsze grzaniec. Nabyłam więc drogą kupna Warnik (!) i stałam się posiadaczką fajnego wynalazku. No przecież przyda się na co dzień.. Następnie ograbiłam najbliższą Biedronkę z masła, bo masło musi być. Ciastka to przecież cenne źródło węglowodanów prostych! A ich wielka moc polega na tym, że są pyszne, a to dobrze wpływa na ducha, poczujemy więc wyjątkowy klimat, jakie niosą święta, będą światełka, muzyka, zatrzymasz się na chwilkę.. Poza tym wyjdziesz z upominkiem, bo dla każdego będzie coś pociesznego..

Poza ty można będzie zobaczyć, dotknąć i przymierzyć każdą z prac, która tu powstała. Co mamy? Kubki mamy. Ale aleee! Już nie tylko! Zarzekałam się jeszcze nie dawno, że kubek, kubek, bo super jest. No więc nie ma nic bardziej pewnego w życiu niż zmiany. Polubiłam koło garncarskie i regularne michy. Polubiłam skrobanie po szamotowej glinie i te domy stare i spękane. Doniczki, chodzą za mną strasznie, ale jeszcze z nimi to chwila. Kwiaty. Super temat, relaks na pełnej petardzie, żadnych reguł i zasad. Jeszcze szukam aniołów. Ale to przede mną.

Sam kiermasz zaczyna się od płotu, który jest długi no to info wyszło długie : ) Nie idzie przegapić. Potem parking, który jest dla Was, ale już tu się dzieje. Pracownia będzie wykorzystana na ekspozycję wszelkich tematów, jest kilka zegarów nawet, domki-świeczniki, serca, filiżanki, miski, podstawki, kwiatki, gwiazdki, kubki, filiżanki, miski… kubki, miski, filiżanki… Jest też taras bezpośrednio za pracownią, tu będzie namiot ze stołami, gdzie również będą prace. No i co, będzie pachniało i grało.

A. Jeszcze mam bony podarunkowe. To dla tych, którzy nie będą wiedzieli co kupić cioci. Ciocia z takim bonem może przyjść kiedy zechce i sama wybierze co jej się podoba. Bon mogę wypisać na dowolną kwotę. Ciocia również może wykorzystać taki bon na zajęcia ceramiczne, lub indywidualne warsztaty toczenia na kole garncarskim, jeśli okaże się, że ma duch wojownika. A co! Bony w tych dniach to również kwota pomniejszona o 15%, więc okazja szersza niż myślimy.

Polecam więc serdecznie odwiedzić to królestwo kreatywności, zapraszam wszystkich gorąco i namolnie, bo naprawdę sądzę że warto. I co, no do zobaczenia! Mikołajkowo, piernikowo, kolendowo i bardzo bardzo ciepło!

4 grudnia – piątek, w godzinach od 9.00 – 18.00, lub ostatniego klienta  : )
5 grudnia, sobota, ciąg dalszy od 9.00 – 14.00.

 

 

Ceramiczny kwiat

Dopadła mnie twórczość radosna, relaksująca dla mnie, dająca mi dużo dobrej energii. To nieduże formy ceramiczne przemawiające w rezultacie jako kwiat. Kwiat zawsze cieszy, wprowadza w dobry nastrój, koloruje nam monotonię codzienności. Nie bardzo znam się na nich, więc nie udaję, że wiem więcej niż wiem. Nie ośmielam się ich nazywać, aby nie obrazić Natury. Powstają prawie, że same, wyskakują spod dłoni jeden za drugim. Nie wymagają poprawy, choć nigdy nie są idealne. Decyzja o tym, że kwiatek jest skończony zapada błyskawicznie i intuicyjnie. Czasem wychodzą tak, czasem inaczej. W piecu zawsze się zmieszczą, są pokorne i zgodne. Nie pozwalają mi się martwić, że krzywo czy nie tak. Wypływają z potrzeby chwili, jak chcą to wychodzą tak, a jak w duchu ciężko to nie pchają się na świat. Wychodzą mi tylko wtedy gdy jestem radosna. Fajnie mi z nimi.

Potem zaludniają mi wszystkie wazony, powtykałam je w małe doniczki z domową zielenią, czasem zaczynam dzień w pracowni od spontanicznej wiązanki. Schodziłam las po gałązki i patyki, mam w co je ubierać. Przydają mi się kawałki płótna szarego, juty i sznurka. Jak ma być elegancko, wyjmuję rafię.
Kwiatki usadzam na prostych drewnianych patykach, a te drobniejsze na kolorowych drucikach. Można wybierać, czy mają iść w zielone doniczki czy w suche bukiety. Te ostatnie dobrze wyglądają na surowym lub białym drucie.

Część z nich już umieściłam w sklepie. To te na druciku. Ogarnę zaraz kartoniki i wyślę Wam też te długie, piękne i duże. W piecu stygną surowe kwiatki, czekają na szkliwo. Mam wielkie plany już na poniedziałek. Piec nie odpoczywa niestety, no nie wypada mu przy moim twórczym adehde.

Komu więc już przekwitło w ogródku, to zapraszam serdecznie. Żaden z nich się już nie powtórzy..

 

Kubek i ja

Położyłam ostatnio nacisk na świadomą obecność w socjalach, a najbardziej upodobałam sobie instagram. Jest to spore okno na potencjalny odbiór tego co oferuję, doszukałam się w tym jakiegoś sensu, więc postanowiłam żywo uczestniczyć w cyber-życiu moich „followersów”. Niniejszym ten wpis to relacja z mojego wakacyjnego wyjazdu sam na sam z ino kubkiem, ponieważ zasługuje on na wpis.

Wybrałam się któregoś pięknego lipcowego dnia na wyjazd, który chodził mi po głowie i chodził. To zupełnie samotny wyjazd w nieznane, bez żadnego „muszę”. Piękny, spokojny czas. Zawitałam w Karkonosze, po których, no nie musiałam przecież chodzić. Zabrałam ze sobą czarkę do kawy, no bo lubię takąż do kawy. I wpadł mi na miejscu do głowy pomysł, że moja czarka może stać się oficjalnie kompanem w tej podróży po szlakach i nowych myślach, które z racji tego, że nie miałam do kogo gadać, kłębiły się w mojej głowie w ilościach przemysłowych.

Pierwszego dnia czarka zaistniała jako bohater chwili w przesłaniach i fotografiach, które udostępniłam czym prędzej światu. Drugiego dnia natomiast, gdy już wyczułam klimat i zaczęłam się fajnie rozkręcać w tej niegroźnej szajbie… czarka upadła mi na chodnik! Kurza morda!! No jakkk!?!

Był to poważny kryzys. No jak..? Przecież zaczęło się tak fajnie.. Miałam duże oczekiwania po tym wyjeździe, nowe pomysły mnożyły się, co ja to z tym moim kubkiem nie będę wyprawiać, gdzie my to się nie pokażemy i w ogóle… a tu w jednej sekundzie świat stanął ewidentnie w miejscu..

I nagle olśnienie.. Mam kubek!! Nie wypakowałam kubka z bagażnika! Jest!! Jest drugi!!
Tak, był w aucie! Nie warto więc zawsze wszystkiego eliminować w celu posprzątania sobie otoczenia. Czym prędzej wyjęłam go dwoma rękoma i od tej pory pilnowałam jak oka w głowie. Ten na szczęście miał ucho, był małą filiżanką nie czarką, więc można było go przywołać do rozsądku o wiele łatwiej. Pochodził z tego samego komletu. Super! Człowiek czasami się popatrz nie spodziewa.. : )

Jeździł więc ze mną wszędzie, pite było wszystko praktycznie, co można było w zasadzie w danej chwili wypić. Kawa w knajpce przelewana była pod stolikiem do własnego, woda z butelki najpierw do kubeczka no i wieczorne winko, to już obowiązkowo.

Fotografowaliśmy się niczym celebryci na każdym rogu. Kubek był w górach, na ognisku, w gustownej knajpce, w pięknym japońskim ogrodzie z muzeum, łaził ze mną po deptaku oraz spędzał długie wieczory przy filmach. Oczywiście obejrzeliśmy Amelię, gdzie on, jako główny fan krasnala, który w filmie również wspaniale podróżował, utożsamił się ze swym bohaterem i nawet tak kazał siebie nazywać..

Po tygodniu naszych niesamowitych przygód zorientowałam się, że nie to było dziwne, że ja do niego gadałam, ale fakt, że on zaczął mi odpowiadać. Pomyślałam: już czas.

Zapakowaliśmy się więc z krasnalem do auta, zabraliśmy resztkę wina na drogę i wróciliśmy z powrotem do domu gaworząc sobie wesoło. W zasadzie nie pamiętam kto prowadził, chyba każde z nas po trochę.

Na miejscu, oprócz ciepła domowego ogniska, powitały nas setki innych kubeczków i misek, ale mój kompan na dobre i na złe, tutaj w tym tłumie, wśród innych, jakoś zamilkł… No cóż, to ponoć dobrze. Zabrałam się więc do dalszej pracy, ale z miłym rozrzewnieniem rozpamiętując wspólne chwile, cichutko obiecałam krasnalowi na uszko, że to nie jedyna nasza wyprawa : ))

 

 

Czarki do herbaty

Pracuję na kole garncarskim od lat, ale wiem, że dobrze jest patrzeć trochę poza horyzont. Od jakiegoś czasu chodziła mi więc po głowie myśl, aby pojechać gdzieś, gdzie jakaś mądra głowa uchyli rąbka swojej osobistej tajemnicy i podpowie jak toczyć jeszcze lepiej. W wyniku nowych znajomości i ciekawego splotu wydarzeń dotarłam z nienacka w Beskid Niski, gdzie sam Mistrz Jurek  Szczepkowski otworzył przed nami swój dom i pracownię i cierpliwie gościł przez ponad tydzień. Uczył nas przy tym tej pięknej sztuki, pokazując każdy etap pracy od samego początku, poprawiając przy tym niedobre nawyki. Praca przebiegała w dość surowych warunkach, w integracji z przyrodą, gdzie pojęcie strefy komfortu nabierało nowego znaczenia odsłaniając fakt, że mamy na prawdę minimalne potrzeby, aby po prostu funkcjonować. I móc przy tym równie fajnie tworzyć.

W otoczeniu dziewiczej przyrody można było odnaleźć prawdziwe skupienie. Wszędzie też było pełno zwierząt, bo to na wsi, począwszy od krowy, konia, poprzez owce, całe stado.. był baran Śrubokręt i kury były, które przybiegały ilekroć wychodziło się z domu i oczywiście psy i koty, a im wolno było wszystko : )  Ciemna strona tej całej fauny to pająki, no ale jakże tak bez pająków..? Pogoda zaiste była majowa, z wyżu gorącego przeszła sobie aż do opadów śniegu.. Taki górski psikus.

Z galerii osobistej naszego Guru można było wyłuskać kilka genialnych smaczków. Na pierwszym miejscu stały oczywiście czajniczki, jednakże do nich szybko dołączyły takie superove talerze, które wyglądały jak kawałki czegoś pogiętego. Po prostu. I jest talerz. Zrobię takie, to zobaczycie. Ale takie genialne mogą mi nie wyjść, to nie zobaczycie. Było też mnóstwo kubków, czarek do herbaty i innych rzeczy całe mnóstwo. Generalnie galeria była i sklepem i inspiracją. Że można. Bo chyba nie ma sensu kopiować, każdy ceramik ma swój styl i cześć.

Jeszcze chciałam zadzieżgnąć do pojęcia Czarka Do Herbaty. No cóż, przez ponad tydzień piłam z czarek do herbaty i herbatę i kawę i wino i piwo. Można. I słuchajcie, to nie jest takie głupie. Jest to naczynie uniwersalne, tyle, że strasznie małe. Więc wykorzystujesz je z powodzeniem do przeróżnych spraw, a to, że dobre się szybko kończy to nic, bo uzupełniasz, najlepiej z czajniczka. I powstaje Rytuał. I jest fajnie. Doprawdy, czerpiąc z mądrości starych kultur odkrywamy siebie kolejny raz inaczej. Ja do tych czarek coś poczułam, jeszcze je tu spotkacie. To przecie młodsza siostra kubeczka : )

Wróciłam więc stamtąd mądrzejsza i szczęśliwsza, a to co przywiozłam to lekcja pokory dla gliny z koła, trochę więcej cierpliwości i teorię w praktyce. No i hałdę własnych prac, gdzie są i miniaturowe czarki (a jak!) i butelki i dzbanki i czajniki i no cóż.. kubki. No bo jak tak bez kubka wrócić..

W domu zastałam ich mnóstwo. Jakieś takie dziwnie duże. Pracę w pracowni zaczęłam więc od serii filiżanek do espresso, aby pogodzić jakoś obie te rzeczywistości..

 

fotki: Artur Rej ; )

Praca własna

Nadarzył się nam taki czas, którego się nie spodziewaliśmy. U mnie w pracowni opustoszało smętnie, więc włączyła się twórcza inwencja, bo akurat ja mam kwarantannę jak malowanie. Praktycznie do pracowni czasami wpuszczam tylko kota.

Inwencja to nowe egzemplarze w postaci kwiatów, na które wzięło mnie jakiś czas temu w ramach propozycji na zajęcia. Kwiaty nie miały być „podróbką” kwiata, bo tego by się nie udało wykonać z klasą, no a efekt płaskiego plastiku mnie nie interesował. Była to raczej inspiracja dziełem natury i pójście na żywioł. Okazuje się że do tego też trzeba mieć chwilę, bo kolejna sesja nie wyszła już tak gładko.. I znowu przekonałam się, że trzeba korzystać z natchnienia, bo sobie hen pójdzie. Na szczęście to co wyłoniło się z pieca w pełni mnie satysfakcjonuje.

Powstał również fajny domek w stylu prowansalskim. Ten ucieszył mnie niezmiernie, bo stanowi po części doniczkę na przydomowy ogródek. Fajnie się w nim dzieje, są schodki i komin z ptaszkiem i tak na prawdę miejsce wewnątrz na bezpieczne palenie świecy czy podgrzewacza. Czyli cała masa atrakcji w jednym. Oczywiście oczyma duszy widzę już spore miasteczko, bo kolejne domy mnożą się w mojej głowie, a jak wiadomo myśl jest już dobrym początkiem osiągnięcia celu. Czuję się więc zobligowana aby podołać wyzwaniu.

No i koło garncarskie, gdzie dzieją się…. (tu werble..)… no nie kubki tylko… MISKI! Tak tak.. miski. Mnóstwo całe, na razie takie nie za małe, cieszą mnie jak szalone, codziennie przybywa ich po kilka i nawet można je powiązać w fajne komplety, bo trzymam się dzielnie jednego fasonu. Niektóre będą poszkliwione tak jak mój pierwszy superkubek, który pociągnął za sobą konsekwencje w postaci całej linii naczyń, gdzie budowane są z czarnej gliny a wykończone są pięknie szkliwem efektowym, a ono jak już wiemy, broni się samo. Reszta prawdopodobnie dostanie szalone kolorki i mnóstwo fikuśnych szczegółów w postaci kwiatków i drobnych akcentów. Będzie śmiesznie.

No i sny o kawiarence… no cóż, tymczasem odkładam moje marzenie już na kolejny sezon, a w to miejsce uzbroję się w sklep internetowy. Na niniejszej stronie dojdzie po prostu jeszcze jedna pozycja, co da mi zajęcie na długie samotne godziny, a całej reszcie ułatwi zakup fajnej miski bez fatygowania się z własnej kanapy. Będzie luksusowo!

A poniżej na osłodę kilka zdjęć z poczynań pracy własnej, o nieokiełznanej tematyce..

Miłego oglądania : )

Indywidualne spotkania przy kole garncarskim

Mam dla Was fajną ofertę. Zapraszam wszystkich zainteresowanych w wieku od lat pięciu do stu pięciu, na lekcje toczenia na kole garncarskim. Umiejętność taka wymaga czasu i wprawy, ale zanim ruszymy, warto cokolwiek wiedzieć na ten temat. Mam za sobą ok 12-letnie doświadczenie, dlatego chętnie podzielę się nim z Wami.

Oferta obejmuje dwa poziomy.

Pierwszy poziom, to indywidualne lekcje toczenia na kole, gdzie siadamy we dwoje i jedno robi jak się patrzy, drugie patrzy jak się robi : ) Czyli ja pokazuję i objaśniam etapy budowania pracy, następnie uczestniczę przy pierwszych krokach ucznia, oraz tych kolejnych. Uczeń otrzymuje takie ilości gliny jakie jest w stanie wykorzystać przy pracy w ciągu umówionego czasu. Gotowe, udane według ucznia prace zostają do wypalenia w pracowni. To wszystko a więc glina, wypał prac, nauka toczenia oraz udostępnienie koła to koszt 120 zł za godzinę. Można umawiać się indywidualnie, czas spotkania dopasowujemy do siebie wzajemnie.

Do takich spotkań proponuję przewidzieć Poszkliwienie swoich prac, jeśli chciałabyś/chciałbyś później używać swoją miseczkę w kuchni. Taka usługa z mojej strony jest możliwa, jednak ustalamy to później indywidualnie.

Drugi poziom zalecany jest dla osób, które już miały przyjemność pracować na kole i chciałyby „wynająć” koło. Koszt takiego „wynajmu” to 30 zł za godzinę pracy. Uczestnik wtedy sam sobie pracuje na swojej glinie, bez udziału prowadzącego. Glinę można nabyć w pracowni, wypał również jest jak najbardziej możliwy. Koszt wypału pieca pełnego prac to 120 zł netto, natomiast pojedyncze prace liczone są procentowo od zawartości pieca i tak obliczana jest kwota do zapłaty.

Obok powyższej oferty mam propozycję cotygodniowych zajęć ceramicznych, gdzie uczę wszystkich innych technik tworzenia prac z gliny. Oferta ta adresowana jest przede wszystkim dla Pań.

Zapraszam serdecznie!

 

 

 

Krótka relacja z zajęć nocnych

Zajęcia czwartkowe wypadły genialnie. Trwały prawie sześć godzin, z czego one pracowały 98% całego tego czasu.. 2% zeszło na zjedzenie pizzy, którą postanowiły zamówić, bo tak. Praca na prawdę gruba, domy mają ponad 30 cm wysokości! Kupa pracy i mega zaangażowanie.

Było pite wino, woda i herbata. Na stole zagościły różne mniejsze lub większe przekąski ale najfajniejsza była atmosfera. Do powtórzenia, bo szkoda by było nie.

W dole zdjęcia z tego co się działo na stole, a niebawem pokażę gotowce, jak tylko wyjdą z pieca. Warto poczekać na efekt końcowy, bo to będzie efekt łał : )

 

Nocne Lepienie

Czasami jest tak, że temat na zajęcia przekracza wszelkie ambicje i trzeba zrobić dłuższe spotkanie. Wtedy robię Nocne Lepienie, które z resztą zdarzyło się tu już kilka razy.    
Charakteryzuje się ono oczywiście dłuższą nasiadówką. To pewnik. A jak już siedzimy tak tutaj sobie, to mamy przyniesione jedzonko w stylu przystawek, lub ciasteczek i do tego oczywiście wino. No bo artyści i wino to przecież jedna szuflada.    
W zasadzie zajęcia nocne to i opóźniony start, ale dziś robimy wyjątek. Zaczynamy o stałej porze ale posiedzimy ze 4-5 godzin. Czwartkowa Grupo, przybywaj!    

A temat?    

Dzisiaj na tapecie domki. Domki jako świeczniki, z okienkami, płotkami i daszkami z kominem. Kupa pracy.    
Będzie super!