kubek

3 postów

Czarki do herbaty

Pracuję na kole garncarskim od lat, ale wiem, że dobrze jest patrzeć trochę poza horyzont. Od jakiegoś czasu chodziła mi więc po głowie myśl, aby pojechać gdzieś, gdzie jakaś mądra głowa uchyli rąbka swojej osobistej tajemnicy i podpowie jak toczyć jeszcze lepiej. W wyniku nowych znajomości i ciekawego splotu wydarzeń dotarłam z nienacka w Beskid Niski, gdzie sam Mistrz Jurek  Szczepkowski otworzył przed nami swój dom i pracownię i cierpliwie gościł przez ponad tydzień. Uczył nas przy tym tej pięknej sztuki, pokazując każdy etap pracy od samego początku, poprawiając przy tym niedobre nawyki. Praca przebiegała w dość surowych warunkach, w integracji z przyrodą, gdzie pojęcie strefy komfortu nabierało nowego znaczenia odsłaniając fakt, że mamy na prawdę minimalne potrzeby, aby po prostu funkcjonować. I móc przy tym równie fajnie tworzyć.

W otoczeniu dziewiczej przyrody można było odnaleźć prawdziwe skupienie. Wszędzie też było pełno zwierząt, bo to na wsi, począwszy od krowy, konia, poprzez owce, całe stado.. był baran Śrubokręt i kury były, które przybiegały ilekroć wychodziło się z domu i oczywiście psy i koty, a im wolno było wszystko : )  Ciemna strona tej całej fauny to pająki, no ale jakże tak bez pająków..? Pogoda zaiste była majowa, z wyżu gorącego przeszła sobie aż do opadów śniegu.. Taki górski psikus.

Z galerii osobistej naszego Guru można było wyłuskać kilka genialnych smaczków. Na pierwszym miejscu stały oczywiście czajniczki, jednakże do nich szybko dołączyły takie superove talerze, które wyglądały jak kawałki czegoś pogiętego. Po prostu. I jest talerz. Zrobię takie, to zobaczycie. Ale takie genialne mogą mi nie wyjść, to nie zobaczycie. Było też mnóstwo kubków, czarek do herbaty i innych rzeczy całe mnóstwo. Generalnie galeria była i sklepem i inspiracją. Że można. Bo chyba nie ma sensu kopiować, każdy ceramik ma swój styl i cześć.

Jeszcze chciałam zadzieżgnąć do pojęcia Czarka Do Herbaty. No cóż, przez ponad tydzień piłam z czarek do herbaty i herbatę i kawę i wino i piwo. Można. I słuchajcie, to nie jest takie głupie. Jest to naczynie uniwersalne, tyle, że strasznie małe. Więc wykorzystujesz je z powodzeniem do przeróżnych spraw, a to, że dobre się szybko kończy to nic, bo uzupełniasz, najlepiej z czajniczka. I powstaje Rytuał. I jest fajnie. Doprawdy, czerpiąc z mądrości starych kultur odkrywamy siebie kolejny raz inaczej. Ja do tych czarek coś poczułam, jeszcze je tu spotkacie. To przecie młodsza siostra kubeczka : )

Wróciłam więc stamtąd mądrzejsza i szczęśliwsza, a to co przywiozłam to lekcja pokory dla gliny z koła, trochę więcej cierpliwości i teorię w praktyce. No i hałdę własnych prac, gdzie są i miniaturowe czarki (a jak!) i butelki i dzbanki i czajniki i no cóż.. kubki. No bo jak tak bez kubka wrócić..

W domu zastałam ich mnóstwo. Jakieś takie dziwnie duże. Pracę w pracowni zaczęłam więc od serii filiżanek do espresso, aby pogodzić jakoś obie te rzeczywistości..

 

fotki: Artur Rej ; )

Jest i sklep

Przyszedł czas na udostępnienie światu pracownianych wypałów oraz niewypałów. Nagromadziłam tego dość sporo mając za sobą zarówno euforie pełne radości jak i ciężkie momenty przymusowego pogodzenia z porażkami. Pracy nad ceramiką jest sporo, poczynając od zmagania z samym materiałem, czyli gliną, którą zanim rozpocznie się dzieło tworzenia trzeba czasem pokornie ujarzmić. Samo tworzenie, spoko, jest na to czas, przestrzeń oraz przyzwolenie. To moja praca. A potem zaczynają się schody. Szkliwo nie słucha, coś się rozleje, coś poleci po łokciu, kapnie, zepsuje. Jak już grzecznie po sobie posprzątam, to układam to wszystko w piecu. Oddaję wtedy moje pięknoty Wysokiej Temperaturze. 1250 stopni to nie w kij dmuchał, wszystko tam w piecu jest białe i normalnie.. świeci! Najgorszy z tego jest drugi dzień o włączeniu pieca, bo zwyczajnie nie można się doczekać kiedy piec będzie można otworzyć. A oczekiwanie trwa do momentu, gdy programator oznajmi, że wewnątrz temperatura spadnie do pięćdziesięciu stopni. Nie pięćdziesięciu pięciu. I nie pięćdziesięciu dwóch. Do pięćdziesięciu. Kiedy kubek ma być idealny, bez mikro-spękań i innych mikro-czegoś, to trzeba czekać..

I to jest moment docelowy. W zasadzie co by nie wyszło, będzie super. Zrobione własnoręcznie, takie jak chciałam, praktyczne, nowe, ładne. Wyciągam z pieca prace i za jednym zamachem wnioski. Uczę się tu codziennie na doświadczeniu, co poza wszystkimi przebytymi kursami, jest dla mnie najcenniejsze. Potem jeszcze maluję, cierpliwie kropkuję i kwiatkuję, bo nie lubie nudy. (Jakiej nudy??) Lubię też jak się świeci, więc kapnę troszkę prawdziwego złota i platyny. Ale w ilości takiej tylko dla koneserów, z umiarem, bez przesady. I znów wypalam, teraz 800 stopni. I nic nikomu podczas użytkowania się nie zetrze. Nigdy.

Niniejszym przyszedł czas na własny sklep. Wypuszczam to wszystko dalej, już bezpośrednio z półek. Codziennie dokładam coraz to nowe produkty i.. tu mnie macie : ) Nie tylko kubki!.. chociaż nie jest ich mało. Do kubków dorzuciłam jednak co nieco, pewnie każdy znajdzie tu coś ciekawego. Szukacie czasem pomysłu na prezent dla kogoś, kto już wszystko ma? I tu właśnie znajdziecie takie pomysły; często niedorzeczne, śmieszne, niespotykane, ale mieszczące się w ramach zdrowego rozsądku. No i praktyczność ponad wszystko. Zapraszam serdecznie : )

 

O pewnym kubku

Niektóre wynalazki wynajdują się same, to taka tajemna strefa w życiu, gdzie akurat rządzi przypadek. No i mnie również spadło przysłowiowe jabłko na głowę. Gdy to się wydarzyło, wtedy rozstąpiły się chmury, pojawiły się świetliste promienie i zaśpiewali pięknie anieli.. 
Bo..
Któryś z wypałów okazał się wypałem nad wypały! Mimo, że z całego pieca tylko jeden kubek był tym, na którego naprawdę warto było zwrócić uwagę, to i tak wydarzenie jest niezaprzeczalnie wyjątkowe. Na szczęście jest możliwe do powtórzenia, a to w tej branży rarytas..

Zachwycił mnie tutaj efekt sprawczy wysokiej temperatury. Reakcje chemiczne w takich warunkach to już działanie sił wyższych, na co już ja tutaj nie mam wpływu. Wszystko co mogłam zrobić, zrobiłam wcześniej; wypracowałam sobie na kole fajny kształt, dokleiłam czadowe ucho i zadbałam o cały szlif, a następnie porządne poszkliwienie. Potem wpakowałam wszystko do pieca, no a tam się po prostu dalej samo dzieje.

Połączenie mojej ulubionej czarnej gliny i szkliwa, które ogólnie jest moim faworytem, tzw Biały Efekt, oddało po wypale genialną symfonię smaku dla co wrażliwszych zmysłów. Pojawiły się na powierzchni piękne barwy, odcienie beżów, brązów i błękitów, a te zyskały na tej pracy własne życie! Skąd tyle kolorów, skąd te barwne przejścia, skąd w ogóle połysk przy matowym szkliwie..? ratunku….
Ceramiko, nie znudzisz ty mi się za szybko!
: )

No i kiepska wiadomość jest taka, że zrobiłam temu kubku tylko jedną fotkę. Od razu został zarezerwowany i przechwycony, co oczywiście cieszy. Reakcja moja była więc natychmiastowa; z miejsca wykonano kolejne, szybko wypalono i już kolejka czeka na miejscówkę w piecu. No jednak można, no..

A poniżej to jedyne właśnie zdjęcie. Co tu więcej gadać..